OYA
Dolacz do nas facebooku
Zadzwoń do nas:
telefon: 22 772 41 31
tel. kom: 601 307 900
Zapytaj o oferte
Jońskie Marzenie
Ewa Sztucka-Szewców 2002-10-10

Warszawa 10.10.2000 Dziś zamieszczamy obszerną i bardzo ciekawą, ukraszoną zdjęciami relację Pani Ewy Sztuckiej - Szewców, która w doborowym gronie odbyła rejs po Morzu Jońskim.

REJS
JOŃSKIE MARZENIE

Ewa Sztucka-Szewców


"To możliwość spełniania marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące"

      Moje marzenie zaczęło się spełniać 6 września, kiedy wybiła godzina zero i wyruszyliśmy w podróż z naszych marzeń.
 
Cel:
rejs po Morzu Jońskim jachtem żaglowym wyczarterowanym dzięki agencji Otago OYA.

      Pogoda jest nie najgorsza, ale jest dosyć chłodno. Ku naszemu zdziwieniu temperatura z każdym kilometrem spada. W  Warszawie 12 stopni a w Częstochowie już tylko 9 stopni C. Co się dzieje, przecież podobno jedziemy na południe ? Dopiero koło Bratysławy ociepla się. Przekraczamy granicę słowacko-austriacką i teraz wspaniała, szybka jazda rewelacyjnymi autostradami . Około 21.00 jesteśmy w Graz?u i decydujemy zatrzymać się na nocleg po przejechaniu ok. 900 km.

            Ranek obudził nas zapłakany i nie najcieplejszy (ok. 13ºC). Wyruszamy około dziewiątej. Trochę późno, ale trudno. I znowu te wspaniałe autostrady, cudowne alpejskie pejzaże, tunele pod górami. Mimo nie najlepszej pogody jest przecudnie ! Małe jedzonko przed granicą i  o 11.30 jesteśmy we Włoszech. Właściwie to zorientowaliśmy się tylko, że jesteśmy w innym kraju, po zmianie napisów z austriackich na włoskie,. I nadal jest przepięknie!! Szczyty gór w chmurach. Bajkowo ! Nawet strumień płynący obok autostrady ma dziwną jasnoniebieską barwę * jakby specjalne efekty dla turystów. I w ogóle jeden zachwyt! Alpy aż przytłaczają swoim ogromem!

      Jest coraz cieplej. W Wenecji jest już 27 stopni. Trochę błądząc, docieramy do campingu Fusina. Zaplecze sanitarne nie może równać się z Austrią, ale nie jest źle. Płyniemy niedużym stateczkiem do Wenecji (niezapomniana panorama miasta od strony morza). Wenecja - miasto marzeń, ze swoją niepowtarzalną atmosferą, wspaniałą architekturą, rozśpiewanymi gondolierami. Nam tak się wspaniale udało, że zobaczyliśmy coś co pewnie nie tak często się tu zdarza - burzę z piorunami na placu św. Marka. Błyskawice rozświetlające "koronkowy" pałac Dożów, złotą Bazylikę św. Marka, Wieżę Zegarową -sceneria jak na zamówienie.

      Po zwiedzeniu kilku knajpek, zjedzeniu obowiązkowej pizzy i spaghetti około 22 wracamy do Fusiny.

      Rano wyruszamy z powrotem do Wenecji i ształujemy się na prom linii Minoan , na który bilety wykupiliśmy jeszcze w Warszawie. Nasz prom nazywa się "Erotokritos" i jest ogromny (chociaż bywaj i większe), a człowiek patrząc na wodę z górnego pokładu czuje się taki maleńki. Wjeżdżamy jako jedni z ostatnich, bo mamy wysiadać na pierwszym przystanku - Kerkira. Pełni podziwu obserwowaliśmy kierowców wielkich TIR-ów, którzy wręcz z zegarmistrzowską precyzją manewrowali tymi wielkimi samochodami z przyczepami, ustawiając je na promie w odległości 10 cm od siebie.

Pierwszy dzień rejsu
- Korfu.

      Poranek zachmurzony, zasmucony i już trochę zaczyna nas nużyć ta monotonia. Ale na szczęście ok. godz. 14 schodzimy z promu. Znaleźliśmy miejsce odbioru łodzi - Gouvia-Marina i ok. 18 zobaczyliśmy nasz jacht. Jest to Gib Sea 334 o wdzięcznej nazwie "Ballade". W porównaniu z innymi jachtami stojąącymi na przystani może nie imponuje wielkością, ale nie jest również najmniejszy. Nam się bardzo podoba. Jest to 10 metrowy slup o powierzchni żagla 59 m2 z rolowanym grotem i genuą, przeznaczony do komfortowej żeglugi dla 8 osób. Trzy dwuosobowe, całkiem wygodne kabiny plus koja rozkładana w mesie, w-c i prysznic z ciepłą i zimną wodą. Oprócz tego stół nawigacyjny z kompletem map, locja Grecji i dokumenty jachtu, GPS,echosonda, VHF-ka, radiomagnetofon, lodówka, kuchenka, no i oczywiście pełne wyposażenie kambuzowe.

      Wieczorem spotkanie wszystkich załóg flotylli z naszym skipperem. Nasza załoga melduje się ubrana w koszulki z napisami OTAGO SAILING TEAM czym wzbudza duże zainteresowanie. Zresztą tak jest w każdym porcie.

Drugi dzień:
Kerkira -Mourtos

            Zebranie sterników o godz. 9.00. Poznałam pozostałych uczestników flotylli. Nie mam najlepszych wrażeń, ale przecież nie będę z nimi pływać na jednej łodzi. Oprócz nas jest pięć załóg niemieckich i jedna angielska. Ta ostatnia wydaje się być najsympatyczniejsza. Joseph - skipper naszej flotylli - pokazał nam trasę na mapie, objaśnił locję , zapoznał nas z siłą i kierunkiem wiatru. Joseph jest Grekiem w średnim wieku i jak później się przekonaliśmy, człowiekiem pełnym pasji., a największą z nich jest na pewno żeglarstwo. Trzeba było zobaczyć w jaki sposób traktował swoją łódź - jak najukochańszą osobę. Każdy okruszek strzepywał z deku albo z żagla jak z twarzy kochanki - z wielką czułością, troską i opiekuńczością. Zna poza tym każdy centymetr morza, każdą skałę, każdą, nawet najmniejszą mieliznę.

            Ruszamy. Wiatr jest niewielki, ale może to lepiej jak na pierwszy dzień naszego pływania po morzu. Nie, nie lepiej, nic nie wieje. Idziemy na silniku. Cudowne są tylko kąpiele na środku morza. Około 19 dopływamy do Mourtos. Teraz to, czego my, żeglarze dotychczas mazurscy, obawiamy się najbardziej - dojścia rufą do nabrzeża. Może nie udało się za pierwszym razem ale było po cichutku, tylko z trzema osobami na deku. Całkiem nieźle. W sumie nie takie trudne, tylko trzeba pamiętać, żeby stanąć dokładnie prostopadle do nabrzeża. I rzecz najważniejsza - należy rzucić kotwicę w odległości mniej więcej pięciu długości jachtu od kei.

 
      Mourtos jest urocze. Miasteczko położone na wzgórzu z białymi domkami. Dość duża marina, a na dodatek jest właściwie po sezonie i nie ma problemu z wolnymi miejscami. Zresztą w czasie całego naszego rejsu nigdy nie mieliśmy z tym kłopotu. Joseph zawsze czekał na nas na kei i wskazywał miejsce "parkowania" - to jeden z plusów płynięcia z flotyllą. W porcie knajpka obok knajpki, gdzie życie towarzyskie kwitnie całą noc. Wracamy na łódź nocą. Opici winem i zmęczeni integrowaniem się z innymi żeglarzami, idziemy spać mocno po północy.

Trzeci dzień:

Mourtos - Lakka ( Paxos)

      Pogoda bez zmian. Niebo całe zachmurzone i ani widu słoneczka. Z przekąsem dogadujemy, że to przecież normalna pogoda w Grecji we wrześniu. Koło południa przejaśnia się i wychodzi upragnione słońce. Wypływamy około dwunastej. Wiatr wieje coraz silniejszy - 5 B. Fala, jak na pierwsze nasze bratanie z morzem dosyć duża - 2-3 metry. Niektórzy w kokpicie oddają hołd Neptunowi (czy raczej Posejdonowi), a my, na górze pozbawieni współczucia, wręcz zupełnie bez serca, śpiewamy: "... Zarzygany pokład, zarzygane cumy, od rzygania synku jeszcze nikt nie umarł..." Bartosz - dzisiejszy sternik, spisuje się znakomicie. Odrobinę zarefowany grot i fok i jazda... Piękna żegluga ostrym bajdewindem (to są moje odczucia, bo obawiam się, że dla chorych nie miało to takiego uroku). Oszałamia, zadziwia i zaurocza bezmiar i moc żywiołów ! A przecież to nie koniec zachwytów na dzisiaj.

      Około 16 dopływamy do Lakki na wyspie Paxos. Nie dobijamy do portu ale stajemy w pełnej czaru zatoczce. Zielono-niebiesko-przejrzysta woda, wokół skały. Och, cudnie! Widać doskonale poszczególne kamienie na dnie i zaczynamy zastanawiać się czy przypadkiem nie jest dla nas za płytko. Nie nerwowo! Echosonda pokazuje 10 m! Mieliśmy pontonem popłynąć do Lakki i zwiedzić miasteczko, ale zaczął padać deszcz (to już ostatni w czasie naszego pobytu w Grecji) więc zostajemy w tawernie położonej trochę na uboczu. Nasi chłopcy dają naprawdę świetny koncert gitarowy. Bogaty repertuar szantowy zaśpiewany z pomocą całej naszej załogi. Załogi niemieckie przyłączają się od czasu do czasu, ale z kiepskim efektem. Dzięki mazurskiemu pływaniu, szanty mamy bardzo dobrze opanowane.

      Jeszcze tylko nocna kąpiel, spojrzenie na gwiazdy i około godziny czwartej idziemy spać. Kiedy człowiek się wyśpi ? Ale na to chyba szkoda czasu ! Dlaczego człowiek musi spać żeby funkcjonować ? Tracimy przez to tyle odczuć, wrażeń, chwil.... Kali nichta.

Czwarty dzień:
Lakka - Spartochori (Meganissi)

      Przyśnił mi się rano cudny sen. Słońce nade mną, wokół skały, pływam w bajkowej zatoczce w niebieskawej wodzie, gdzie na głębokości 6 m wszystko widać i tylko czekam aż pokażą się delfiny.... O mój Boże, to nie sen ! To zrealizowane marzenia ze snów kiedyś wyśnionych! Z Ewą kategorycznie zabraniamy się budzić. "Chwilo trwaj, jesteś piękna".

      Wychodzimy z Lakki ok. 10. Na razie flauta. Mijamy wyspy Paxos i Antipaxos. "Byczymy" się na deku i nagle... latające ryby. Zauważyłam je pierwsza i wszyscy stwierdzili, że nie powinnam pić wina od samego rana. Trochę się rozczarowałam, że są takie niewielkie, ale cóż - ryby latające... to ryby latające.

      Przy wyspie Lefkas jesteśmy późnym popołudniem. Dziwna to wyspa - nie wyspa. Ze stałym lądem łączy ją wiadukt otwierany co godzina dla żeglarzy. Dawniej tj. do VII w p.n.e. była stałym lądem , lecz koloniści korynccy przekopali kanał i powstała wyspa.

Teraz już cudowna relaksująca żegluga pełnym baksztagiem (około 2 B). Około 20 jesteśmy na niedużej wysepce Meganissi. A wieczorem ten sam piękny schemat: wino, gitara, śpiew, gwiazdy. Czegoż więcej trzeba do pełni szczęścia. Tym razem chyba nas zmogło, bo kładziemy się wcześnie, już koło pierwszej w nocy.

Piąty dzień:
Spartochori - Sivota (Lefkada)

      Rano zwiedzamy typowe greckie miasteczko, którego białe domy toną w pnączach. Stare kobiety ubrane na czarno i mężczyźni przesiadujący przed domami. Spokojna, uśpiona atmosfera, gdzie pośpiech cywilizacji nikomu nie zagraża. Nam ten "gorący" spokój też się udziela. Nigdzie się nie spieszymy, nikt nas nie pogania , możemy dowoli wdychać życie. Turystów nie ma, chyba że nazwać nimi żeglarzy. Słońce pali niemiłosiernie, więc odpoczywamy w kafejce racząc się zimnym piwem z oszronionych kufli i podziwiając widoki ze szczytu góry, na której położone jest Spartochori. Znowu jest sielsko-anielsko, bo widoki z tej wysokości są wspaniałe.

      Wypływamy około południa. Tym razem zdradzam swoją załogę, przekazuję władzę kapitańską na kilka godzin Robertowi i idę płynąć z Joseph'em. Pełna obaw staję za kołem sterowym, bojąc się nie popełnić jakiegoś faux pas na jego ukochanym jachcie. W końcu w kościele trzeba zachować powagę i skupienie (tak nazwał swoją łódź, gdy chciałam zapalić papierosa), a poza tym wiem, że każdy sternik uważa swój sposób prowadzenia łodzi za najlepszy. Ale wszystko w porządku. Dużo się można od niego nauczyć, to prawda. Oczywiście spytałam go o to co nas najbardziej intrygowało: dlaczego gdy nie ma wiatru i płynie na silniku, stawia grota i wybiera go na blachę - na Mazurach jest to straszne łamanie etykiety. My to nazywamy z wyższością "niemieckim żeglowaniem". I wyjaśniło się. Żagiel zmniejsza kołysanie łodzi. Sami to później wypróbowaliśmy na flaucie. To rzeczywiście działa!

      Opływamy wyspę od zachodniej strony, żeby wykąpać się przy wspaniałej grocie Agioneri na Meganissi i dalej w drogę na wyspę.  

Wiatr po południu jak na zamówienie dla zmęczonej załogi. Wieje około 3 B - tępy bajdewind. O zmierzchu jesteśmy w Sivocie. Znowu długi, rozrywkowy, rozśpiewany, przegadany wieczór. Tym razem żegnamy się z zaprzyjaźnioną, bardzo sympatyczną załogą niemiecką, która nie uczestnicząc formalnie we flotylli płynęła cały czas z nami. Jutro o 5 rano wypływają, żeby na wieczór dopłynąć do Korfu. Ciężki dzień przed nimi, bo spotkanie przeciągnęło się do trzeciej w nocy.  

Szósty dzień: Sivota - Vathi (Ithaki)

            Wypływamy o 1020 odrobinę skarceni przez Joseph'a, że nie zawsze jesteśmy punktualni. Tym razem zdyscyplinowaliśmy się i jesteśmy tuż za nim. Oczywiście nie na długo, ponieważ nie mamy szans z bardziej doświadczonym sternikiem, płynącym w dodatku w pojedynkę na łodzi większej o 2 m od naszej.


      Wyspa Arkondhi. Znowu kolejne uroczysko. Pod sobą mamy 7 metrów głębokości, a wydaje się jakbyśmy nogami mogli dotknąć dna. Zapiera dech w piersiach z nadmiaru wrażeń i piękna. Tylko Robert miał niemiłą przygodę z jeżowcami i pół dnia zajęło mu wydłubywanie kolców z dłoni. 14 zrywa się wiatr i na dobrej trójce udaje mi się pobić nasz rekord prędkości - 8,5 węzła. Przy biciu rekordu zdarzył się mały wypadek. Obaliliśmy prawo Newtona prawem Posejdona. Garnek z resztką zupy wyskoczył ze zlewu, przeleciał nad stołem (nie zalewając go), oblał Piotra, a resztki kurczaka i marchewki przykleił do spodu blatu. Ewa - naoczny świadek, mówi, że w życiu czegoś takiego nie widziała. Bo gorący latający garnek z zupą to taka dziwna rzecz - nigdy go nie ma, dopóki się nie zdarzy.

      Pod wieczór wpływamy do zatoki na Ithaki - miasteczko Vathi. Wcześniej Joseph obiecuje nam niespodziankę. I rzeczywiście, podprowadza nas pod rodzinkę delfinów, która wesoło baraszkuje wokół naszej łodzi. Marzenie.

      Dzisiaj mamy dosyć kiepski nocleg na przystani w Vathi - stolicy Ithaki, przy śmietnikach i tuż przy ulicy, po której jeżdżą co chwila głośne skutery. Późnym wieczorkiem robimy sobie mały spacerek po mieście. Jest szalenie przyjemnie (ale to, to już właściwie standard). Nie ma za dużo turystów. Trudno uwierzyć, ale to już właściwie koniec sezonu na Wyspach Jońskich. To co najbardziej rzuca się w oczy, i to na każdej wyspie, to niesamowita ilość kotów - zwłaszcza takich naprawdę malutkich. W każdej tawernie, przy każdym stoliku po kilkanaście kociaków, wchodzących na stoły, łaszących się do nóg.

            Nie wiem jak to się stało, znowu kładę się koło czwartej nad ranem. Ale przecież już ustaliliśmy, że wyśpimy się w Warszawie, bo tu szkoda tracić każdą chwilę. Trzeba smakować każdą sekundę, bo później tego nie będzie i okaże się, że coś przegapiliśmy. Carpe Diem. Należy chwytać czas zanim przeminie.

Siódmy dzień: Vathi - Fiskardo (Kefalonia)

      Jeszcze raz spacer po uroczych uliczkach Vathi i o godz. 11 start na wysepkę Atokos. Zatrzymujemy się na kąpiel w skalistej zatoczce. Zauroczenie nas nie opuszcza i znów brak słów na określenie cudów natury. Joseph nasłuchuje radiai ostrzega nas, że ma trochę przywiać i żebyśmy się pospieszyli. Wieje 5 B, może trochę więcej. Grot i fok zarefowany , ale i tak mamy dobrą prędkość. Całe szczęście, że już jesteśmy trochę opływani i nikt nie choruje. Kurs na Fiskardo - na północnym krańcu Kefalonii - najbardziej turystycznego i jednocześnie najdroższego miasta na tej wyspie. Fiskardo to najmodniejsza miejscowość wypoczynkowa, toteż rzeczywiście snują się tu tłumy turystów.

      W tawernie zamawiamy pyszne jedzonko: mocno czosnkowe tzatziki, moussaki, no i souvlaki, a do tego oczywiście winko. Nic to, długi będziemy spłacać w Polsce. Dzisiaj nie ma siedzenia do późna (to się tak mówi !). Jutro zamierzamy wypłynąć o szóstej rano, bo kawał drogi przed nami, a chcemy jak najmniej korzystać z silnika. Jeszcze tylko pożegnanie z Joseph?em, butelka dobrego polskiego trunku dana mu w podzięce za wspaniałą opiekę nad nami, wymienienie adresów i telefonów i obiecanie sobie, że na pewno się jeszcze spotkamy. Budzik nastawiony na godzinę 6.00.

Ósmy dzień: Fiskardo
- Lakka

            10 minut przed szóstą budzi nas Joseph, żeby oddać nam cumy i jeszcze raz się pożegnać. To miłe. Idziemy kilka godzin na silniku. Dookoła jeszcze noc. Wschód dopiero po siódmej. Kompletna flauta i słońce pali bez opamiętania. Wracamy do wyśnionej zatoczki na Paxos w Lakka. Spacer krętymi uliczkami, zakupy, kawa nad brzegiem morza, a potem na deku łodzi długie minuty kontemplacji, patrzenie w gwiazdy i odganianie od siebie myśli, że niedługo to już koniec naszego rejsu. Dzisiaj przepłynęliśmy prawie 80 mil , niestety połowę na silniku.

Dziewiąty dzień:
Lakka - Korfu

      Ostatni dzień w raju. Wieje piękny wiatr od tyłu - 2 B.

      Wyruszamy z Lakki o wpół do jedenastej. Mamy do przepłynięcia ok. 30 Mm. Bartosz z Jaśkiem sterują na zmianę, bo nikt jakoś nie pali się żeby ich zastąpić. Słońce nie daje nam chwili wytchnienia, żar niemiłosierny. Dzisiaj szczególnie brakuje nam autopilota. Na Korfu jesteśmy przed szóstą. Spacer po uliczkach Kerkira - Gouvia, też zresztą pełnej turystów. I bajka się kończy. Budźmy się! Jutro już zdajemy łódkę.

Dziesiąty dzień:

Korfu

      Budzimy się dosyć wcześnie i zabieramy do pakowania. Jesteśmy gotowi o godz. 9, o której mamy zdać jacht. I tu niespodzianka. W biurze nikogo nie ma . Yianna - przedstawiciel firmy Kiriacoulis na Korfu zjawia się około 10 i jest bardzo zdziwiona, że jesteśmy tak punktualni. Zdawanie jachtu, wraz z podpisywaniem dokumentów nie trwa dłużej niż pół godziny. Yianna właściwie pyta nas tylko o to co zawiodło nas na łodzi. Mówimy o wskaźniku paliwa, który zawsze pokazywał "full", o przeciekającym luku w kabinie dziobowej i jeszcze najbardziej uciążliwej dla nas rzeczy - brudzącym na czarno wypełnieniu gretingów w kokpicie. I to już wszystko.

      Łza się w oku kręci. Tyle wrażeń, uczuć zostawiamy tutaj, ale to nic, zabieramy ze sobą wspomnienia. Będzie to w nas i musi nam wystarczyć na długie, długie dni. Jeszcze nie raz pojawią się w snach urocze zatoczki, błękitno-przejrzysta woda, lazur nieba, delfiny bawiące się wokół nas, wzburzone morze, sól na twarzy i na rzęsach, nasz piękny jacht prujący fale, wieczory w tawernach przy winie i gitarze i Joseph śpiewający tęskne pieśni greckie o miłości, morzu i żaglach. Będzie nam tego brakowało, a wspomnienia będziemy odgrzewać zdjęciami, rozmowami i słoneczną Metaxą. Yamaz !!!
  Ruszamy dalej na zwiedzanie Grecji. Ale to już inna historia....

  Podsumowanie W ciągu ośmiu dni przebyliśmy
ok. 450 Mm.

Wiatry 2 - 5 B. Dwa dni zupełnie bezwietrzne.

Postój w marinach we wrześniu bezpłatny z wyjątkiem Vathi (Ithaki) - 1000 drachm. Uzupełnienie wody - na ogól bezpłatne, ew. 1000 drachm

Ceny w tawernach:
souvlaki - 1300 - 1700 drachm

tzatziki - ok.700

sałatka grecka 1500 - 2000 drachm

miejscowe wino w karafce 1L - 1000 - 1200 drachm

piwo - 0,5l. - 700 - 850 drachm

paliwo - 260 - 300 drachm.

GALERIA:

Copyright © 2010 OTAGO ●